Nazywam się krew

Kryminały szwedzkie Możliwość komentowania Nazywam się krew została wyłączona 7

W Rwandzie ciało jest brudne. Wojciech Tochman maluje obraz kraju ciała, bliskość i dotyku. Ofiary i mordercy od kilkunastu lat tkwią w bolesnym uścisku. Rwanda pachnie strachem i tęsknotą. Reportaż Dzisiaj narysujemy śmierć jest próbą zrozumienia, jest też oskarżeniem rzuconym światu w twarz. Wszyscy mamy krew na rękach, w dziewięćdziesiątym czwartym nie było nas w Rwandzie.

Reportaż Tochmana jest zbiorem świadectw tych, którzy przeżyli. Chłopiec, któremu Hutu ścięli całą rodzinę, dziecko, które przez tydzień ukrywało się pod zwłokami najbliższych, kobieta zgwałcona kijem – wszyscy oni są szczęściarzami. Do nich uśmiechnął się los. Żyją. Opowiadają o masakrze oraz życiu po niej.  Rwandyjczycy poszukują tożsamości, budują swoją codzienność na grobach przodków. Dosłownie. Nie ma w Rwandzie miejsca, w którym w 1994 nie polała się krew. Mordowano w kościołach, szkołach, na boiskach. Ziemia ugina się, kryje w sobie ciała. Czemu oni wciąż tam są? Dlaczego nie uciekli? Rwanda jest jednym wielkim cmentarzem. Kto chciałby mieszkać na cmentarzu?

Leonard nie potrafi wypowiedzieć słowa matka. Dzieli się z autorem swoją traumą, powoli się otwiera. Dzięki niemu dowiadujemy się, że rwandyjscy studenci, dzieci Tutsi, na uniwersytetach tworzą fikcyjne rodziny. Wybierają spomiędzy siebie matkę i ojca. Stają się braćmi i siostrami.  Miło jest, kiedy ktoś się o ciebie troszczy, martwi się, gdy długo nie wracasz, przygotowuje dla ciebie obiad. „Dzięki rodzinie jesteś czyjś”. (s. 23) Rwanda to kraj o wielkości polskiego województwa, a zamieszkały przez około dziesięć milionów ludzi. Ciasnota jest normą. Studenci śpią we wspólnych łóżkach, może zdarzyć się tak, że w nocy tulisz się do mordercy swojej matki. Każdy w Rwandzie jest ofiarą lub katem. Specyfiką tego ludobójstwa był fakt, że kaci i ofiary nigdy nie byli sobie obcy. Byli sąsiadami, chodzili razem do szkoły, wspólnie pracowali. Każde morderstwo było bratobójstwem, każdy gwałt kazirodztwem. „Zabili ojca, wszystkich moich zabili. Niedaleko. Wiem kto. Mieszka obok i dzisiaj. Siedział w więzieniu. Wrócił na Gikondo. Powiedział mi na powitanie, że ładnie wydoroślałem. Że jestem podobny do ojca. A teraz głaszcze moją córkę po głowie. Powtarza, że to wypisz wymaluj babcia. Moja mama, której uciął głowę”. (s. 10) Trzeba żyć wspólnie, zapomnieć o wszystkim. Taka jest polityka rządzących – przebaczenie. Mężczyźni w Rwandzie nie mogą płakać. Wojciech Tochman oprócz historii kraju, dziejów relacji Tutsi – Hutu – Twa dotyka w swoim reportażu afrykańskiej codzienności. Dlaczego ci, którzy ocaleli nienawidzą psów? Dlaczego nie szukają ciał swoich bliskich? Czy jesteśmy w stanie zrozumieć tę bliskość i cielesność zbrodni? Tysiące kilogramów maczet sprowadzono do Rwandy. Ścięcie dziecka maczetą wymaga bliskości, dotyku. Mordercy czuli zapach swoich ofiar, krew spływała im po przegubach. Tochman pisze: „Słucham i myślę: o czymś bardziej okrutnym już pewnie nigdy nie usłyszę, nic bardziej okrutnego człowiek na pewno wymyślić nie zdołał. Ale nie. To o czym słyszę dzisiaj, jest niczym wobec tego, o czym usłyszę jutro. To, o czym piszę teraz, jest niczym wobec tego, o czym napiszę później”. (s. 16)

Podobno Rwanda ma uszy. Kiedy ktoś obcy nas odwiedza od razu zjawia się sąsiadka. Siada i słucha. Nie ma prywatności. Ludzie boją się plotek, donosów, boją się trucizny, oskarżenia o udział w ludobójstwie. Kiedy wnosi się gdzieś butelkę wody, ochroniarz nakazuje przed wejściem samemu się jej napić.  Nikomu nie można ufać.

Jedno z przykazań Hutu brzmiało: Twój wróg to Tutsi. Ale twój największy wróg to kobieta Tutsi. Wojciech Tochman w swoim reportażu dużo miejsca poświęca sytuacji rwandyjskich kobiet, kobiet, które są przede wszystkim ciałem. Ciałem umęczonym, ciałem, które pracuje w domu i w polu, które cały dzień dźwiga na plecach dziecko. „Żona w Rwandzie do roboty jest.  I do seksu. No i do bicia, bo przemoc domową mamy tutaj ogromną. Mąż może zdradzać żonę. Na to jest przyzwolenie. Może spać, z kim chce. Ale żona musi być wierna. Choć nie tylko mężowi. Mają do niej prawo także bracia męża, ojciec męża i bracia jego ojca. (…) Tak jak na wsi po zmroku każdy może wziąć dziewczynę, którą akurat spotka. Więc młode kobiety raczej same wieczorami nie spacerują. Bo to grozi gwałtem, a gwałt jest tutaj bezkarny. Zgwałcona przed ślubem dziewczyna nie jest warta nawet krowy”. (s. 42 – 43) Podczas wojny domowej gwałty były normą. Kobiety Tutsi jako wyższa kasta były wcześniej  niedostępne dla Hutu, kiedy zaczęła się rzeź nawet radio nawoływało: bierzcie je, są wasze. Wszystkie kobiety zostały zgwałcone, obcinano im ręce, żeby nie mogły się bronić. W Rwandzie ciało jest brudnym mięsem, nie mówi się o nim, nie myśli. Na gwałty patrzyły dzieci ofiar, dzieci katów. Synów zmuszano do gwałcenia matek. Kobiety, które przeżyły gwałty uważają, że przeżyły tylko dzięki swoim pochwom. Stały się nimi, stały się przedmiotami. Kobiety Hutu zagrzewały swoich mężów do gwałtów, pomagały im butelkami, kijami. Ludzie, którzy ocaleli opowiadają o Komandach Śmierci, których zadaniem było zarażanie kobiet AIDS. Koszmar opisywany przez autora ciężko sobie nawet wyobrazić. Seks nie kojarzy się Rwandyjczykom z uczuciem, jest bronią, maczetą, której nie można się pozbyć, która tkwi wewnątrz.  Często kobiety Tutsi rodziły dzieci z gwałtu, dzieci od narodzin skazane na nienawiść. „Chcę, żeby umarł. (…) Nie pyta o ojca. Od razu go nauczyłam, żeby nie pytał. Miał dwa lata, kiedy po raz pierwszy powiedział: tata. Strzeliłam go w buzię bez żadnego namysłu i skutkuje do dzisiaj”. (s. 41)

W dziewięćdziesiątym czwartym ludzie chronili się w kościołach. Tam też ginęli. Stanowisko Kościoła wobec masakry przywołuje dyskusję na temat roli świadka. Autor dociera do wielu ludzi, niektórzy księża pomagali, ale to tylko wyjątki. Większość uciekła. Albo modliła się w parafiach, podczas gdy w świątyniach lała się krew. Niektórzy ratowali hostię, przenosili ją nad ciałami umierających noworodków. Inni zabijali. Kapłani okazali się takimi samymi ludźmi jak cała reszta, tchórzliwymi, złymi. Wrócili do Rwandy, udają, że niczego nie pamiętają. Nie czują się winni. Co mogli zrobić? Umrzeć? A czy ksiądz nie powinien umrzeć za swoich wiernych? Jak Jezus? Wojciech Tochman nie unika odpowiedzi: ci, którzy patrzyli na śmierć setek ludzi i nie próbowali pomóc są oprawcami. Wracają do kościołów i mówią Rwandyjczykom, jak mają żyć. Mówią Tutsi, że są grzeszni (w Rwandzie istnieje historia – niepotwierdzona mówiąca o drugim ludobójstwie, którego ofiarą mieli paść Hutu). Wojciech Tochman opisuje kościoły, w których wciąż można dostrzec ślady krwi.

Autor dociera również do tych, którzy wtedy trzymali maczety w rękach. Do tych, którzy uciekli i uniknęli kary oraz do tych, którzy podczas gacaca – procesów zostali osadzeni w więzieniu. Prawie nikt nie przyznaje się do winy. Hutu nie widzieli żadnych ciał, nie zabijaliby przecież znajomych. Nikt nic nie wie. Nieliczni, którzy przyznają się do udziału w rzezi mówią, że to nie oni zabijali. To Szatan. Szatan kazał nam to robić, użył naszych ciał, my jesteśmy niewinni. Oprawcy są normalnymi ludźmi, ojcami, matkami. Pracowali z Tutsi, pili piwo. Pewnego dnia sięgnęli po maczety. Starają się żyć normalnie. Jeśli budzą ich koszmary to nie z powodu wyrzutów sumienia tylko ze strachu, że Tutsi się zemszczą.

Dzisiejsza Rwanda zmierza w stronę pokoju, nie ma już Tutsi i Hutu. Wszyscy jesteśmy braćmi i siostrami. Nie wypada mówić o tym, co się stało, trzeba wyciągnąć rękę. Zapomnieć. Wojciech Tochman nie pozwala zapomnieć, mówi nam: granica pomiędzy dobrem, a złem jednak istnieje. I jest bardzo wyraźna. Matka Leonarda miała na imię Glorice. Wiemy o tym, Leonard w końcu to powiedział. I dlatego ta książka ma sens.

Autor: Wojciech Tochman
Tytuł: Dzisiaj narysujemy śmierć
Wydawnictwo: Czarne
Rok: 2010
Liczba stron:152
ISBN: 978-83-7536-228-2

Nazywam się krew
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

Author

Related Articles

Back to Top