Ake Edwardson „Taniec z aniołem”

Taniec z aniołemNiemal do każdej książki siadam z niezmiernym entuzjazmem. Zawsze wiąże się to z tym, że mam wtedy czas dla siebie. Nikt i nic mi nie przeszkadza 🙂 Podobnie było tym razem. A może nawet chciałam ją przeczytać bardziej niż inne. A to za sprawą, że pojawia się w niej postać policjanta, a mi pozostał sentyment po Kurcie Wallanderze. I niestety wyszło standardowo – czyli czym większe oczekiwania, tym jest gorzej…

Na obwolucie książki spec od marketingu wydawnictwa na prawdę bardzo dobrze wykonał swoją pracę. Jest mowa o przystojnym policjancie, snobistycznym, którego życie kręci się wokół pracy, kobiet i drogich rzeczy. Super, myślę sobie, tego jeszcze nie było. A co było w środku? Cóż… Ake Edwardson zapewne napisał świetną książkę. Jednak tłumacz zatrudniony przez wydawnictwo Czarna Owca, dał ciała. Żywe dialogi zamieniły się w niezrozumiały słowotok. Niby jest jakaś akcja, fabuła zaczyna się rozbudowywać, po czym ni z gruszki ni z pietruszki wkradają się opisy, które do niczego nie pasują. Mało tego jest mnóstwo błędów rzeczowych (o whisky, którą popija Erik), nie wiem czy to błąd druku, czy faktycznie tłumaczenia ale jest kilka momentów gdzie ktoś mówi: „Czytałem gazety dwieście lat temu. Zanim Per wrócił … do domu”.

Nasunął mi się jeden wniosek: wydawca wydał książkę na fali popularności szwedzkich kryminałów, nie przywiązując wagi do jakości jego tłumaczenia. Jestem rozczarowana tym działaniem i pewnie minie trochę czasu zanim znów sięgnę po Ake Edwardsona – szkoda bo to pewnie nie jego wina. Ale niesmak pozostał.

Podobne wpisy

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.
  • Pingback: Leif GW Persson – Między tęsknotą lata a chłodem zimy” | | Szwedzkie kryminały()

  • Pingback: Ake Edwardson – Wołanie z oddali - Szwedzkie kryminały()

  • Akemator

    Muszę zgodzić się z recenzją Agi. Miałem podobnie w wyniku czego zrezygnowałem z czytania powieści. Pozdrawiam.

    • Aga

      Kolejne części są już zdecydowanie lepsze. Przede wszystkim są dobrze przetłumaczone, choć nie ukrywam, że trochę czasu minęło zanim sięgnęłam po pozostałe części.
      Pozdrawiam!

  • Konstig

    Jestem w tej szczęśliwej (póki co!) sytuacji, że nie poznałem jeszcze wszystkich przygód Kurta Wallandera (dzisiaj skończyłem dopiero „Białą Lwicę”, a przygody z Nim zacząłem od… Piramidy, a więc dokładnie biograficznie, zupełnie nie chronologicznie jak chodzi o kolejność napisania powieści przez autora).
    Taniec z Aniołem przeczytałem niejako w przerwie między Psami z Rygi a Białą Lwicą. Podszedłem do tej książki dokładnie jak Ty – zafascynowany postacią Kurta. Pierwszą przygodę Erika Wintera łyknąłem szybciutko – wystarczyły trzy wieczory. To co od początku było dla mnie niezbyt przyjemne to dziwny rytm książki, właśnie przez dialogi. „Słowotok” tak to nazwałaś i… tego określenia poszukiwałem czytając. Nie bym wybrzydzał, ale nie przypadły mi do gustu dialogi złożone z 2-3 słów ciurkiem lecące przez całą stronę… Ale ok… język „żywy” ma swoje prawa.
    Nie przypadł mi do gustu i sam Erik Winter. Niby snob to cecha niezbyt chyba pochlebna, ale oczekiwałbym nieco barwniejszej kreacji snoba. Winter jest zbyt banalny – drogi garnitur, wypchany portfel, ohydne cygaretki i Whisky. No właśnie, Whisky… a według okładki Winter jest wielbicielem piwa… ok czepiam się. W Winterze odrzuca najbardziej jego prymitywny stosunek do kobiet – jestem cool bo mam 50 kochanek. Może jestem staroświecki, ale wolę Wallandera i jego platoniczne zakochiwanie się w co drugiej kobiecie:) A Winter…cóż… zdecydowanie na podstawie Tańca z Aniołem nie jest to bohater, którego można autentycznie lubić.
    Co do samej fabuły – mroczna, zagadkowa i, co najważniejsze, niebanalna z nieprzewidywalnym zakończeniem. Odniosłem jednak wrażenie, że wydawca Edwardssona mocno przycisnął by się zbytnio nie rozpisywał i oddał już maszynopis do druku. Misternie knuta intryga w pewnym momencie zostaje zbytnio przyśpieszona. Rytm powieści został nieco zakłócony, ale niecierpliwi mogli być zadowoleni.
    Brakowało mi też i atmosfery w powieści. To co Mankell i Leif GW Persson z lubością kreowali – atmosferę uliczek szwedzkich miast, problemów szwedzkiego społeczeństwa, Edwardsson poniekąd zignorował. Owszem jest mowa o mrocznych uliczkach, siedziskach pornobiznesu i problemu imigrantów, ale dla czytelników poszukujących zagadnień natury socjologicznej i politologicznej to za mało.
    Plusem powieści jest muzyka Wintera – jazz lat 50 i 60. Przypominało mi to bluessowy klimat Wolfganga Schorlaua z „Błękitnej Listy”. Warto czytając sięgnąć po YouTuba i włączyć to co z lubością słucha bohater:)

    Taniec z Aniołem dostałem razem z dwiema innymi powieściami Edwadssona w bożonarodzeniowym prezencie od mojej narzeczonej. Kierując się Twoją opinią sięgnę, mimo niezbyt miłych wspomnień z Tańca…, po następną powieść Edwardssona.
    Być może podzielę Twoją opinię, że następne powieści ( i ich tłumaczenia!) są lepsze.